Liga zamknęła sezon 2025/26 z dochodem koszykarskim na poziomie 11,68 mld dolarów, a łączne przychody 30 klubów zmierzają w stronę 14,3 mld. Mimo to kilka organizacji zakończyło rok pod kreską. Sprawdzamy, skąd klub NBA bierze pieniądze i na co je wydaje.
Koszykarska franczyza w Stanach Zjednoczonych nie jest klubem sportowym w europejskim rozumieniu. To spółka z gwarantowanym udziałem w centralnym kontrakcie telewizyjnym, z zamkniętą liczbą konkurentów i bez ryzyka spadku. Dlatego jej model biznesowy działa inaczej niż w Eurolidze czy w Orlen Basket Lidze, gdzie budżet trzeba złożyć od zera każdego lata. Warto jednak od razu zaznaczyć, że nawet w tak komfortowym układzie różnice między klubami są ogromne, a rachunek zysków i strat potrafi być ujemny.
Skąd klub NBA bierze pieniądze? Cztery główne strumienie
Przychody franczyzy dzielą się na dwie kategorie. Pierwsza to przychody centralne, czyli pieniądze, które liga zarabia w imieniu wszystkich i dzieli równo na 30 części. Druga to przychody lokalne, wypracowane samodzielnie przez klub w jego mieście. Proporcja jest w przybliżeniu sześćdziesiąt do czterdziestu na korzyść centrali.
W praktyce oznacza to cztery główne strumienie: krajowe prawa medialne, lokalne prawa medialne, przychody z dnia meczowego (bilety, loże, gastronomia, parking) oraz sponsoring i merchandising. Do tego dochodzą przychody z areny, jeśli klub ją posiada lub nią zarządza, bo koncerty i inne wydarzenia potrafią stanowić istotną część rachunku.
Według szacunków Sportico 30 klubów wypracowało w sezonie 2024/25 łącznie 12,25 mld dolarów, czyli średnio 408 mln dolarów na klub, wliczając wydarzenia pozakoszykarskie w halach, którymi kluby zarządzają. Dla porównania kluby NFL zarobiły 22,2 mld dolarów, MLB 12,75 mld, a NHL 7,7 mld. NBA jest zatem drugim najbogatszym ligowym organizmem w Ameryce Północnej, ale do futbolu amerykańskiego traci dystans niemal dwukrotny.
Kontrakt telewizyjny za 76 miliardów. Pieniądze, które przychodzą przed pierwszym rzutem
Fundamentem całej konstrukcji jest umowa medialna, która weszła w życie właśnie w sezonie 2025/26. Jedenastoletni kontrakt z Disneyem (ABC/ESPN), NBCUniversal i Amazonem wart jest około 76 mld dolarów i zastąpił dziewięcioletnią umowę na 24 mld. Średnia roczna wartość pakietu wynosi około 6,9 mld dolarów, a poprzednia umowa dawała 2,67 mld rocznie. Warner Bros. Discovery, czyli TNT, wypadło z układu po czterech dekadach współpracy.
Dla pojedynczego klubu zmiana jest natychmiastowa i bardzo konkretna. Wpływ z krajowej telewizji skoczył ze 103 mln do 143 mln dolarów na drużynę już w pierwszym sezonie nowej umowy, a wypłaty mają rosnąć średnio o około 7 procent rocznie, co daje perspektywę 281 mln dolarów na klub w sezonie 2034/35. Czterdzieści lat temu ta sama pozycja w budżecie wynosiła około 1,5 mln dolarów.
To pieniądze, które trafiają na konto niezależnie od tego, czy zespół wygra 60 meczów, czy 20. Właśnie dlatego franczyza NBA jest tak atrakcyjnym aktywem inwestycyjnym. Ryzyko sportowe praktycznie nie przekłada się na ryzyko przychodowe w części centralnej.
Bilety, arena i lokalne przychody. Tu zaczynają się prawdziwe różnice
Dzień meczowy odpowiada za mniej więcej jedną piątą przychodów ligi, ale rozkłada się skrajnie nierówno. Sezon 2025/26 był pod tym względem rekordowy. Liga podała, że w ostatnich trzech kampaniach na trybunach zasiadło niemal 67 mln kibiców, a hale były wypełnione w 97 procentach. Komplet publiczności na wszystkich domowych meczach zanotowało jedenaście klubów, między innymi Boston Celtics, New York Knicks, Golden State Warriors i San Antonio Spurs, natomiast poniżej 90 procent średniego zapełnienia zeszły tylko Washington Wizards i Memphis Grizzlies. W klasyfikacji frekwencji łącznej prowadzili Chicago Bulls z wynikiem 829 997 widzów.

Ceny wejściówek pokazują natomiast, jak bardzo rozjechał się rynek. Średnia cena wejścia na mecz NBA w sezonie 2025/26 wynosiła 52,86 dolara, podczas gdy w Madison Square Garden trzeba było zapłacić średnio 213,43 dolara, czyli około czterokrotność ligowej średniej. Nowojorski klub gra więc w zupełnie innej lidze finansowej niż większość rywali, mimo że dostaje dokładnie taki sam czek z centrali.
Kluczowa jest też kwestia własności hali. Warriors zarabiają ponad 5 mln dolarów na mecz z samych biletów oraz 2,5 mln z loży, a przy tym należą do nielicznej grupy klubów, które w pełni posiadają i obsługują własną arenę. To dlatego ich przychód w sezonie 2024/25 wyniósł 833 mln dolarów, podczas gdy najniżej notowani Grizzlies wypracowali 301 mln.
Sponsoring: 1,8 miliarda dolarów i naszywka wielkości dłoni
Drugim filarem lokalnych przychodów jest sponsoring, który rośnie szybciej niż liczba samych umów. Według raportu SponsorUnited przychody sponsorskie klubów NBA sięgnęły w sezonie 2025/26 rekordowych 1,8 mld dolarów, co oznacza wzrost o 11,1 procent rok do roku. Co więcej, wzrost przychodów wyprzedził wzrost liczby kontraktów niemal pięciokrotnie. Innymi słowy, marki płacą dziś dużo więcej za te same aktywa.

Najbardziej pożądanym produktem pozostaje naszywka na koszulce. W sezonie 2025/26 miało ją już 29 z 30 zespołów, a kategoria finansowa okazała się największym płatnikiem z kwotą 318 mln dolarów, niemal dwukrotnie wyprzedzając technologię ze 173 mln. Średnia wartość takiej umowy sięga dziś 10 do 11 mln dolarów rocznie na klub, natomiast kontrakt Warriors z Rakutenem opiewa na 45 mln dolarów rocznie. Ta pojedyncza naszywka jest zatem warta więcej niż całoroczny budżet większości klubów Euroligi.
Zapaść lokalnej telewizji. Dziura, której nikt się nie spodziewał
Największym problemem operacyjnym ostatnich miesięcy okazał się jednak trzeci strumień, czyli lokalne prawa medialne. Model regionalnych stacji sportowych, który przez trzy dekady finansował amerykański sport klubowy, rozpadł się na oczach ligi.
NBA poinformowała 13 klubów związanych z Main Street Sports Group, dawniej Diamond Sports Group i operatorem FanDuel Sports Network, że mogą szukać nowych partnerów na sezon 2026/27, ponieważ nadawca zmierza ku niewypłacalności i przestał transmitować mecze po zakończeniu sezonu zasadniczego 12 kwietnia. Wśród poszkodowanych znaleźli się między innymi Oklahoma City Thunder, San Antonio Spurs, Detroit Pistons i Cleveland Cavaliers.
Skala reakcji jest znamienna. Do tej pory roczne umowy z lokalnymi stacjami naziemnymi podpisały trzy franczyzy, Bucks, Heat i Pistons, natomiast pozostała dziesiątka negocjuje z nadawcami regionalnymi oraz platformami streamingowymi, takimi jak DAZN i Victory+. Równolegle liga buduje własne rozwiązanie systemowe, bo prowadzi rozmowy z YouTube TV, Amazonem, ESPN, Google, Apple i DAZN o scentralizowanym hubie streamingowym, który mógłby objąć nawet 22 z 30 klubów.
Konsekwencje są policzalne. Właśnie z powodu słabości rynku regionalnych stacji liga obniżyła prognozę limitu płac na sezon 2026/27. Załamanie jednego strumienia przełożyło się więc bezpośrednio na kieszenie zawodników.
Na co idą pieniądze? Podział 51 do 49 i mechanizm escrow
Po stronie kosztów największą pozycją są rzecz jasna pensje zawodników, ale nie działa to tak, że właściciel po prostu ustala budżet. Układ zbiorowy zakłada bowiem sztywny podział dochodu koszykarskiego, czyli BRI.
Zawodnicy mają otrzymywać 51 procent BRI w postaci pensji i świadczeń, a liga zatrzymuje 10 procent wypłat w rachunku powierniczym, żeby ten podział wyszedł na zero. Jeśli suma kontraktów przekracza należną pulę, różnicę pobiera się właśnie z escrow. Rok wcześniej mechanizm zadziałał boleśnie, ponieważ przy BRI na poziomie 10,25 mld dolarów gracze oddali ponad 480 mln, a najwięcej stracił Stephen Curry, bo 5,1 mln dolarów.
W sezonie 2025/26 sytuacja wyglądała już lepiej. Dochód koszykarski wyniósł 11,68 mld dolarów wobec 10,25 mld rok wcześniej, a gracze i właściciele podzielili między siebie rachunek escrow o wartości około 580 mln dolarów w proporcji zbliżonej do 55. Warto dodać, że na wynik negatywnie wpłynął rozpad rynku regionalnych stacji sportowych, natomiast finałowa passa New York Knicks okazała się dla ligi finansowym zastrzykiem po małorynkowym finale z 2025 roku.

Limit płac, podatek luksusowy i dwa aprony
Z BRI wyliczany jest limit płac, który liga ogłasza co roku pod koniec czerwca. Parametry na sezon 2026/27 są już znane. Limit płac ustalono na 164,961 mln dolarów, a próg podatku luksusowego na 200,428 mln. To wzrost o około 6,7 procent wobec poprzedniego limitu wynoszącego 154,647 mln dolarów.
Kluczowa jest jednak nie sama wysokość limitu, lecz system kar. Powyżej progu podatkowego znajdują się dwa aprony, czyli twarde ograniczenia w budowaniu składu. Pierwszy apron odbiera pełny wyjątek średniego poziomu, możliwość pozyskania gracza w wymianie typu sign-and-trade oraz zawęża zasady dopasowania pensji, natomiast drugi apron praktycznie blokuje budowanie zespołu, bo zakazuje łączenia pensji w wymianach, odbiera wyjątek średniego poziomu dla płatników podatku i zamraża przyszłe wybory pierwszej rundy draftu.
To dlatego bogaci właściciele nie mogą po prostu przelicytować rywali. Kara finansowa jest dziś mniej dotkliwa niż utrata narzędzi.
Kto do kogo dopłaca? Podział podatku i wyrównywanie przychodów
Liga ma dwa równoległe mechanizmy przesuwania pieniędzy między klubami. Pierwszym jest podatek luksusowy, drugim system wyrównywania przychodów.
Sezon 2025/26 pokazał, jak bardzo aprony zmieniły zachowanie menedżerów. Jeszcze w styczniu na liście płatników podatku znajdowało się 14 klubów, jednak przed terminem transferowym większość zeszła poniżej progu. Ostatecznie, według wyliczeń Bobby’ego Marksa z ESPN, podatek zapłaciło siedem zespołów na łączną kwotę 223,1 mln dolarów, na czele z Cleveland Cavaliers (68,7 mln) i Golden State Warriors (67,9 mln), przed New York Knicks (44,4 mln) i Los Angeles Lakers (22,2 mln). Połowa tej puli trafiła po równo do 23 klubów niepłacących podatku, czyli po około 4,9 mln dolarów, co jest najniższą wypłatą od sezonu 2020/21.
Drugi mechanizm działa znacznie szerzej. W ostatnim rozliczonym roku system wyrównywania przeniósł około 400 mln dolarów do klubów o niskich przychodach, a finansowały go zespoły bogate oraz połowa wpływów z podatku luksusowego. Dzięki temu Grizzlies czy Pacers mogą utrzymać konkurencyjny skład mimo dziesięciokrotnie mniejszego rynku niż Nowy Jork.

Czy kluby NBA w ogóle zarabiają? Zaskakująca odpowiedź
Tu dochodzimy do najciekawszego paradoksu. Rekordowe przychody wcale nie oznaczają, że wszystkie franczyzy są rentowne.
Według szacunków Forbesa za sezon 2024/25 wynik operacyjny wahał się od 409 mln dolarów u Golden State Warriors, przez 170 mln u Los Angeles Lakers i 98 mln u New York Knicks, aż po straty, na przykład – 41 mln u Minnesoty Timberwolves i – 33 mln u Phoenix Suns. Wysoka lista płac, podatek luksusowy i koszty obsługi hali potrafią zjeść całą marżę.
Dlaczego więc miliarderzy stoją w kolejce po franczyzę? Ponieważ zwrot nie pochodzi z bieżącej działalności, tylko ze wzrostu wartości aktywa. Klub NBA jest instrumentem finansowym o ograniczonej podaży, z zabezpieczonym strumieniem przychodów centralnych i bez ryzyka spadku z ligi. W konsekwencji roczna strata operacyjna rzędu 30 mln dolarów jest kosztem znikomym przy wycenie idącej w miliardy.
Wyceny: dlaczego cztery miliardy to dziś cena wejścia
Ostatnie dwa lata rozbiły w NBA wszystkie dotychczasowe rekordy transakcyjne. Sprzedaż Los Angeles Lakers przy wycenie 10 mld dolarów pobiła rekord ustanowiony przez zakup Boston Celtics przez Billa Chisholma za 6,1 mld, a rodzina Bussów zachowała około 15 procent udziałów, przy czym Jeanie Buss pozostaje gubernatorem klubu przez co najmniej pięć lat. Dla porównania Bussowie kupili Lakers w 1979 roku za 67,5 mln dolarów.
Trzecią wielką transakcją była sprzedaż Portland Trail Blazers. Rada gubernatorów zatwierdziła w marcu przejęcie klubu przez grupę Toma Dundona, właściciela Carolina Hurricanes, przy wycenie 4,25 mld dolarów. Paul Allen kupił tę samą franczyzę w 1988 roku za 70 mln dolarów.
Efekt zbiorczy jest imponujący. Średnia wycena klubu NBA wynosi według Sportico 5,51 mld dolarów, co oznacza wzrost o 20 procent rok do roku, a żaden zespół nie jest wart mniej niż 4 mld. Analitycy wskazują, że napędem tych wzrostów są nowa umowa medialna za 76 mld dolarów oraz globalne ambicje ligi, w tym plan stworzenia rozgrywek w Europie.
Ekspansja i NBA Europe. Dwa nowe źródła miliardów
Właściciele mają w perspektywie dwa potencjalnie ogromne zastrzyki gotówki, przy czym oba pozostają na razie w fazie negocjacji.
Pierwszym jest rozszerzenie ligi do 32 zespołów. Rada gubernatorów zgodziła się badać ekspansję wyłącznie w Seattle i Las Vegas, a liga zatrudniła bank inwestycyjny PJT Partners do oceny właścicieli i sytuacji arenowych. Docelowym sezonem startowym jest kampania 2028/29, a opłata wpisowa ma wynieść od 7 do 10 mld dolarów. Ta kwota trafiłaby wyłącznie do obecnych właścicieli, ponieważ opłat ekspansyjnych nie wlicza się do BRI, a więc gracze nie dostaną z nich ani centa.

Adam Silver studzi jednak entuzjazm.
Absolutnie istnieje szansa, że ekspansja się nie wydarzy. Możliwe też, że rozszerzymy się o jeden rynek. Może o dwa, a może o żaden.
– powiedział komisarz NBA na konferencji po marcowym posiedzeniu rady gubernatorów, cytowany przez NBA.com.
Drugim projektem jest NBA Europe. Silver i sekretarz generalny FIBA potwierdzili w dniu pierwszego meczu finałów, że liga wystartuje w październiku 2027 roku, a wystąpi w niej 16 zespołów, w tym 12 stałych franczyz oraz cztery miejsca dostępne w drodze kwalifikacji dla każdego klubu z ligi zrzeszonej w FIBA. Docelowych rynków dla stałych franczyz jest dwanaście: Londyn i Manchester, Paryż i Lyon, Madryt i Barcelona, Mediolan i Rzym, Berlin i Monachium oraz Stambuł i Ateny. Część złożonych ofert przekraczała miliard dolarów.
Dla polskiej koszykówki kluczowa jest właśnie ta ścieżka kwalifikacyjna, bo teoretycznie otwiera drogę klubom z Orlen Basket Ligi przez Ligę Mistrzów FIBA. W praktyce dystans finansowy pozostaje jednak przepaścią.
Sochan jako podręcznikowa ilustracja tej ekonomii
Najlepszym polskim przykładem działania tego systemu jest kariera Jeremy’ego Sochana w minionych kilkunastu miesiącach. Ścieżka 23-letniego skrzydłowego pokazuje w pigułce wszystkie mechanizmy opisane powyżej.
Wybrany z dziewiątym numerem draftu 2022 przez San Antonio Spurs Polak nie porozumiał się z klubem co do przedłużenia debiutanckiego kontraktu. Termin na podpisanie przedłużenia minął jesienią 2025 roku, co oznaczało, że Sochan miał rozegrać ostatni sezon umowy za 7,1 mln dolarów i latem zostać ograniczonym wolnym agentem. Scenariusz potoczył się jednak inaczej. Na początku lutego Spurs zwolnili go z kontraktu, a Polak stał się dostępny za minimalną pensję rzędu 806 tys. dolarów. Wkrótce dołączył do New York Knicks i zdobył z nimi mistrzostwo NBA, przy czym w finale nowojorczycy pokonali jego poprzedni klub 4-1.

Tu system pokazuje swoją logikę. Knicks zapłacili w tamtym sezonie 44,4 mln dolarów podatku luksusowego, a mistrzowski element układanki pozyskali za najniższą możliwą kwotę w lidze. Kontrakt minimalny jest bowiem jedynym narzędziem, którego nie odbiera drugi apron.
Dalszy ciąg jest równie wymowny. Po sezonie zakończonym mistrzostwem żaden klub nie zaproponował Sochanowi gwarantowanej umowy, a szansę dało mu ostatecznie Portland Trail Blazers, gdzie Polak podpisał kontrakt niegwarantowany i musi wywalczyć miejsce w składzie podczas obozu przygotowawczego. Trafił więc do klubu, który zaledwie kilka miesięcy wcześniej zmienił właściciela przy wycenie 4,25 mld dolarów. Kontrast między wartością aktywa a bezpieczeństwem zatrudnienia zawodnika trudno oddać lepiej.
Widownia jako waluta. Dlaczego to wszystko rośnie
Na koniec warto spojrzeć na to, co realnie napędza wyceny, czyli na uwagę odbiorcy. Sezon 2025/26 był pod tym względem wyjątkowy. Mecze NBA w ABC/ESPN, Amazon Prime Video, NBC/Peacock i NBA TV obejrzało 170 mln osób w Stanach Zjednoczonych, co jest najwyższym wynikiem od 24 lat i oznacza wzrost o 86 procent rok do roku. Kibice spędzili przy transmisjach 920 mln godzin, najwięcej od sezonu 2011/12, czyli o 27 procent więcej niż rok wcześniej. Sam NBA Cup przyciągnął w fazie grupowej ponad 40 mln widzów, a Mecz Gwiazd, pierwszy w NBC Sports od 2002 roku, oglądało średnio 8,8 mln osób.
To właśnie te liczby, a nie wynik operacyjny pojedynczego klubu, decydują o cenie następnej franczyzy. Dopóki uwaga rośnie, rośnie też mnożnik przychodów, po którym wycenia się każdy zespół w lidze.
NBA – National Basketball Association: aktualności, wyniki, tabela i analizy znajdziesz w naszym hubie: NBA.











Dzięki bardzo za artykuł!
Bardzo dobry, rzetelny artykuł. Gratsy y Gracias