Rywalizacja o przyszłość europejskiej koszykówki wchodzi w decydującą fazę. Dyrektor generalny Euroligi Chus Bueno przyznał w podcaście StreamTime Sports, że rozmowy z NBA wciąż są dalekie od porozumienia, ponieważ oba modele zwyczajnie do siebie nie pasują. Jednocześnie ostrzegł, że uruchomienie projektu NBA Europe bez klubów, rynków i kibiców Euroligi wiązałoby się z olbrzymim ryzykiem wykonawczym i wizerunkowym.
Dwa modele, które do siebie nie pasują
Punktem wyjścia jest szczera diagnoza samego szefa Euroligi. Obie organizacje wciąż badają, czy da się połączyć konkurencyjne projekty, jednak na razie dzieli je zbyt wiele. Bueno nie ukrywał zresztą, że gdyby objął stery wcześniej, do takiej sytuacji mogłoby w ogóle nie dojść.
Bądźmy szczerzy, oni mają model, który nie pasuje do naszego, albo nasz nie pasuje do ich. Obie strony muszą wprowadzić zmiany.
W jego ocenie cel jest jasny, ale droga do niego wciąż daleka. Chodzi bowiem o taki układ, w którym wygrywają obie strony, a tego, jak podkreślił, jeszcze nie osiągnięto. Dlatego potrzeba kolejnych spotkań i czasu na przemyślenie całej koncepcji.
„Przyjdź i zakończ swój projekt”. Bueno odrzuca scenariusz NBA
Mimo dystansu dyrektor Euroligi nie wykluczył ostatecznego partnerstwa. Zastrzegł jednak, że ustępstwa muszą być obopólne. Przede wszystkim stanowczo odrzucił wizję, w której Euroliga miałaby po prostu zwinąć własny projekt i wejść do franczyzowego modelu NBA.
Jeśli mówią „przyjdź do mnie, zamknij to i wejdź do mojego modelu franczyzowego”, to nie jest nasza praca. Obie strony muszą być elastyczne.
Zdaniem Bueno właściwa kolejność powinna być zupełnie inna. Według niego NBA najpierw powinno dogadać się z Euroligą, a dopiero potem szukać na rynku dodatkowego kapitału i inwestorów. Taki ruch od razu dałby bowiem projektowi to, czego nie da się kupić w kilka miesięcy: gotowe kluby, bazę kibiców, rynki oraz sprawdzoną historię.
Dla mnie właściwym podejściem byłoby zawarcie umowy z Euroligą, a następnie wyjście na rynek po większe pieniądze. Bo masz pewność, masz największe kluby, największą bazę kibiców i największe miasta.
Jak mógłby wyglądać wspólny projekt
Bueno naszkicował też konkretny model kompromisu. Punktem wyjścia byłoby 13 klubów z długoterminową licencją Euroligi, do których dołączono by pięć lub sześć nowych rynków wskazywanych przez NBA, czyli między innymi Manchester, Lyon, Berlin i Rzym.
Byłoby łatwiej, gdybyśmy mieli 13 zespołów i dołożyli te pięć czy sześć rynków. Stają się franczyzami, a my już to robimy.
W jego wizji zebrane pieniądze mogłyby dodatkowo zrekompensować podmiotom, które przez 26 lat budowały ten biznes, a część środków posłużyłaby na kapitał obrotowy i rebranding partnerstwa. Innymi słowy, Euroliga jest gotowa rozmawiać o rozszerzeniu, ale wyłącznie z pozycji fundamentu całego przedsięwzięcia, a nie petenta.
Ostrzeżenie przed fragmentacją rynku
Najmocniejszy akcent Bueno zostawił na koniec. Ostrzegł bowiem, że brak porozumienia oznacza bezpośrednią wojnę obu podmiotów o kluby, inwestorów, nadawców telewizyjnych oraz kibiców. Taki scenariusz, w jego ocenie, zaszkodziłby całemu europejskiemu rynkowi.
Fragmentacja nie tylko rozmywa wartość, ale też tworzy zniszczenie. A kiedy rywalizujemy, wydarzą się rzeczy, które ci się nie spodobają.
Mimo to szef Euroligi utrzymał, że obie strony mają obowiązek szukać porozumienia, zanim zdecydują się na otwarty konflikt. Podkreślił, że jako menedżerowie odpowiadają przed właścicielami, inwestorami i partnerami telewizyjnymi, dlatego powinni przynajmniej spróbować. A jeśli mimo wszystko przyjdzie im rywalizować, to, jak dodał, staną do tej rywalizacji.










