Ja Morant na pierwszym media day w Portland Trail Blazers zadeklarował, że nie zależy mu na miejscu w pierwszej piątce. Dla dwukrotnego uczestnika Meczu Gwiazd liczy się tylko wygrywanie. Tłok w Portland jest jednak ogromny, a o ostatnie miejsce w składzie walczy Jeremy Sochan.
„Po zwycięstwie nikt nie będzie zły”
Morant trafił do Portland w czerwcu z Memphis Grizzlies w zamian za Jeramiego Granta i Krisa Murray'a. Pytany o rolę, odpowiedział bez wahania.
Czy to dla mnie ważne? Myślę, że wygrywanie jest dla mnie najważniejsze. Jakąkolwiek rolę muszę odegrać, żeby to osiągnąć, po zwycięstwie chyba nikt nie będzie zły - powiedział Ja Morant
Czy wychodzę w pierwszej piątce, czy nie, to to samo. To dopiero pierwszy dzień, więc to pytanie do trenera. Ja nie mam problemu z żadną opcją - dodał Morant
Generalny menedżer Joe Cronin tłumaczył decyzję o wymianie „czystą wiarą w Ja” i przekonaniem, że to wciąż zawodnik bardzo wysokiej klasy. Ostatni sezon był jednak dla Moranta trudny: przez skręcenie więzadła w lewym łokciu zagrał tylko 20 meczów. Notował 19,5 pkt i 8,1 as., ale trafiał zaledwie 23,5% za trzy, najmniej w karierze.
Tłok w Portland i walka Sochana
Obwód Blazers jest przepełniony. Oprócz Moranta są w nim Damian Lillard, Jrue Holiday, Scoot Henderson i wracający po urazie łąkotki Shaedon Sharpe. Tymczasem Sochan, który podpisał w Portland niegwarantowaną umowę, walczy o jedno wolne miejsce w składzie, m.in. z Sidym Cissoko. Jego atutem jest wszechstronna obrona, a słabością rzut, bo w poprzednim sezonie trafiał tylko 24,4% za trzy. Obóz, który zdecyduje o jego losie, rusza właśnie dziś.
Dodaj StrefaBasketu jako źródło i obserwuj nas w Google News.


Komentarze 0
Rozmawiajmy o koszykówce. Merytorycznie i bez spamu.